RSS
niedziela, 18 czerwca 2017
Finisz
Kolejny rok szkolny na finiszu. Kolosalne zmiany przed nami – gimnazjum wygasa, zaczyna się podstawówka. Pierwsza klasa będzie, siódma też, nie wiadomo, co z czwartą. Gdyby nie podyplomówka, miałabym pół etatu. A tak – może prawie cały. Niestety, dla większości z nas, „dobra zmiana” oznacza cięcia w ilości godzin, albo wręcz pożegnanie z pracą. Muszę zagłębić się przez wakacje z jakąś literaturą surdopedagogiczną, bo nie czuję się pewnie w tej działce. No i, koniecznie, zagłębić się w wiedzę wczesnoszkolną, gdyż po, jak się okazało, zbyt dobrą prezentacją na dniu otwartym dla sześciolatków, zostałam obdarowana nauczaniem w klasie 1. A rodzice tych współczesnych maluchów podobno bardzo od szkoły teraz wymagają. Ooooo matkoooo! To nie do końca moja działka… Ale cóż, przeżyjemy, nauczymy się, ogarniemy, bo nie ma innego wyjścia. Z tarczycowymi sprawami trochę lepiej – nie czuję się codziennie taka wypompowana. Ciekawe, czy to zasługa większej ilości słońca, czy zmiany dawkowania leków przez nową panią doktor.
niedziela, 09 kwietnia 2017
surdopedagog
od dzisiaj nazywam się jak wyżej :D
18:32, angleland
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 stycznia 2017
górki i dołki

Ferie się kończą. Czyli, jak zwykle, mam poczucie, że wracam do czegoś, co nie koniecznie uwielbiam. Studia podyplomowe w toku. Z każdą sesją, z każdym przeczytanym dokumentem dociera do mnie, jak mało wiem.

Reforma oświaty w końcu nabiera konkretnego kształtu. Do tej pory nikt nic w naszym mieście nie wiedział – która szkoła przetrwa, która poleci do kosa, kto straci pracę, albo ile zostanie mu godzin... Bo obietnice, że wszyscy nauczyciele gimnazjów zachowają pracę, bo takie sranie w banię, za przeproszeniem. Co z tego, że będę miała pracę, jeśli będzie to np. pół etatu? Otóż, mamy podobno zostać przekształceni w podstawówkę. Co to praktycznie oznacza? Zostaną obecne klasy 1 i 2 gim, żeby gimnazjum skończyć. Czy nabór będzie tylko do klas pierwszych podstawowych, czy przesuną nam uczniów z innych szkłó do klasy 7 i 8, czy może będzie jeszcze inaczej? Chyba żaden z „naszych” nie ma uprawnień, żeby uczyć klasy 1-3, więc musieli by przyjść nowi nauczyciele. A z jeszcze innej strony – nie wyobrażam sobie uczenia takich małych dzieci, ani nawet 10-latków… Nikt nie wie do końca, co przyniosą następne tygodnie, jakie decyzje podejmą nasze władze oświatowe. Nie jest fajnie.


Co do tarczycy - poleciałam do mojego starego endo, bo wyniki były kiepskie. Ten powiesił psy na poprzedniej pani endokrynolog, że w ogóle przy tak małych guzach zleciła biopsję, zrobił kolejne usg, kazał przyjść za miesiąc, jak się tarczyca uspokoi i zrobić drugą biopsję u poleconego patologa. Biopsja wykluczyła nowotwór. Niedługo idę na kolejne usg, żeby zobaczyć, czy guzki się nie zmieniają. Między wynikiem 1 i 2 badania zdążyłam nadenerwować się za wszystkie czasy. Jak pewnie wszyscy w dzisiejszych czasach, przekopałam net poszukując informacji na temat nowotworów tarczycy, dowiedziałam się, że trzeba wyciąć cały organ, ciężko się przestraszyć, samą siebie uspokoić, poukładać sobie w głowie, że życie może się trochę zmienić, poczytać o terapii jodem aktywnym itp. Było rozrywkowo, jednym słowem.

18:37, angleland
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 listopada 2016
tarczyca
Od tygodnia mam więcej energii. 
Poprzedni miesiąc to był koszmar - ciężko było się skupić, ciężko pozbierać z najprostszymi czynnościami, trudno wyjść z domu i rozkręcić w pracy,a przecież do tego mam jeszcze w weekendy zjazdy na studiach podyplomowych. Teraz jest trochę lepiej.

Niemniej jednak, czeka mnie kolejna biopsja tarczycy, poprzednią ciężko przeżyłam, bo robiła ją chyba jakaś mało doświadczona osoba - gmerała mi w szyi ze 20 minut, a to się odbywa bez znieczulenia :( Wyniki tez wyszły niejednoznaczne za pierwszym razem.
Pognałam więc do dr Daniela, który zlecił kolejne USG. Nie wyszło zbyt fajne. Muszę umówić kolejną biopsję, ale teraz już u poleconego przez niego specjalistę.


Niby się nie denerwuję tym, że mogę mieć nowotwór, ale jednak czasami odczuwam lekką panikę... Racjonalizuję, jak mogę. 
21:48, angleland
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 września 2016
dużo się dzieje
PO bardzo pracowitym lecie, pierwszy tydzień pracy sprawił, że już chciałabym mieć znowu jakieś wolne.

Gorąco. Ledwo się człowiek wlecze. Na głowie dwa psy, bo sis zostawiła u nas swojego zwierzaka i ruszyła na urlop. Pies stary, po schodach trzeba taszczyć. Na spacerach Funia ciągnie do przodu, Lara hamuje, Lara już chce do domu, Funia doprasza się o ciąg dalszy. Kończy się często na zaciągnięciu starszej do domu (3 piętra w starej kamienicy) i kolejna rundka, tym razem już tylko z Funią. Od ubiegłej soboty do środy I. nie było (siedział w lesie i budował), więc niedługo będę mogła wyczynowo pokonywać maratony po schodach i to z obciążeniem.
Wtorek i środa - popołudnia zajęte, bo oprowadzałam studenta z Maroka po Katowicach. W środę było jeszcze ok, bo psy były u ciotki (chociaż bez wychodzenia na spacer), ale w czwartek - już gorzej. Ponieważ Simo wyznał mi, że bardzo zmęczony, to ustaliliśmy, że zobaczymy czy u goszczącej go rodziny jest ktoś w domu i jeśli tak, to dam mu godzinkę na siestę. Była babcia. Poleciałam do domu, trzy piętra do góry, psy na spacer, trzy piętra w dół, psy do domu, trzy piętra w górę, ja po studenta, trzy piętra w dół i strzała na Paderewę. Przechadzka po Katowicach i jazda tramwajem do parku. W drodze powrotnej telefon od koordynatorki - że co ja sobie myślę, że tak się nie robi, że się trzeba trzymać planu, a w ogóle to mama dziewczyny, u której Simo mieszkał kazała się o wszystkim informować, a tu babcia jej mówi, że chłopak chory, bo się położył i potem nie wstawał, a ona nic nie wie, że może być jakaś afera, bla bla bla... Jednym słowem mnie zrugała. Szkoda tylko, że wcześniej mi nie powiedziała, że matkę o wszystkim trzeba informować Z mamą dość szybko telefonicznie się dogadałam, przeprosiłam, wyjaśniłam, ale zwiedzanie trzeba było skrócić, bo się okazało, że mama z córką i Simo umawiali się na rowery po moim go dostarczeniu, o czym mnie z kolei nikt nie poinformował - ani matka, ani Simo, ani koordynatorka. No to już miałam dość. W międzyczasie wrócił I. 
W czwartek po południu - umówiona na 16.40 biopsja tarczycy. Prywatnie, bo państwowo były za dalekie terminy. Wysiedziałam się w tym upale półtorej godziny razem z innymi wściekłymi pacjentami (wyjątkowo, podobno, pani doktor się spóźniła o godzinę, a jednego pacjenta trzymała średnio 30 minut). Mogli zadzwonić, żeby przyjść później, cholera. Wkłuwała mi się dwa razy, za każdym z nich grzebiąc mi okropnie w szyi. Nie sądziłam, że to będzie tak boleć. Trzyma mnie jeszcze do dzisiaj (to takie uczucie, jakby ktoś ściskał za gardło, pobolewa przy odkaszliwaniu, kichaniu itp i do tego mała gorączka). A podobno biopsja nie musi boleć :(
Kiedy wracałam z tego zabiegu, zadzwoniła ciotka z pretensją w głosie, że ona sobie będzie musiała sama jechać do USC po dokumenty. Owszem, obiecałam jej, że jej to załatwię, ale w przyszłym tygodniu, bo ten mam bardzo napięty. Poza tym, nic nie mówiła, że to na już! Wyjaśniłam po krótce, że bardzo mnie boli po zabiegu, że jestem zmęczona itd i po prostu się rozłączyłam. Stałam na środku sklepu i walczyłam z łzami. Doszłam jakoś do domu, ale na klatce już nie wytrzymałam i zaczęłam ryczeć. I., oczywiście, nie omieszkał swoich teorii na temat zaangażowania w pracę itp wyłuskać, bo wywnętrzyłam się przed nim z całego tygodnia - że latałam ze studentem, że mnie jeszcze za dobre intencje opieprzyli, że boli, że gorąco, że jeszcze ciotka na dodatek i że mam wszystkiego dosyć. Szkoda, że po tylu latach nie rozumie, że jedyne czego bym od niego chciała w takich chwilach, to po prostu przytulenie... Muszę się o to dopominać.

.....

Za co się tu wziąć, żeby walnąć tą szkołą w cholerę?
Totolotek nie działa - nie mogę tego miliona jakoś zgarnąć :(
A w przyszłym tygodniu - zebrania i konferencja - znowu 2 popołudnia w plecy. A za dwa tygodnie - sobota i niedziela z głowy - studia podyplomowe...
Do tego te wysokie temperatury działają na mnie bardzo źle. Ciężko się rano rozkręcić, ciężko sprężyć żeby zrobić cokolwiek z tą moją Hashi, zwłaszcza rzeczy, do których zupełnie traci się już serce, a co dopiero kiedy taki upał panuje!


17:08, angleland
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 sierpnia 2016
Się buduje...
...przez całe lato.

A lato się kończy :(

23:02, angleland
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2016
to dużo wyjaśnia
http://jaskiniowa-kuchnia.blog.pl/2015/09/02/hashimoto-od-a-do-z/

21:18, angleland
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2016
To już 10 lat mam bloga?
Ooooooo matkoooooo!
20:56, angleland
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2016
W piątek obserwacja lekcji. Dawno tego nie przerabiałam... trochę trzęsę portkami, bo oprócz samej lekcji przetrzepią mi władze wszystkie możliwe papiereczki nauczycielskie. A poza tym, zawsze to niefajnie być ocenianym, zwłaszcza w nowym miejscu i przez wymagającego szefa. 
Cały czas nie czuję się pewnie w nowym miejscu.
No nic, jakoś to będzie. 
Samopoczucie niespecjalnie mi się poprawiło. Dalej czuję się zmęczona - fakt, ostatnio jakby mniej, ale i tak do ideału daleko.
Widziałam się Bikerem - dawno już nasze kontakty przestały być regularne (kiedyś widywałyśmy się bardzo często, nie wspominając o sms-ach lub telefonach), ale rozmawiało się super. Byłam w niejakiej konspiracji na kawce z koleżanką z pracy - jedyną, jaka przejawiła w ogóle chęci zamienienia ze mną więcej niż zdawkowe "cześć, ale znowu paskudna pogoda". Ona nie chciała iść tam, gdzie już kilka osób poszło w przerwie między szkoleniem, a konsultacjami dla rodziców, jedna dziewczyna prawie z nią poszła tam, gdzie planowałyśmy, ale się rozmyśliła, a w sumie wyszło to tak, jakbyśmy musiały co najmniej kryć się z kipiącymi w nas uczuciami i chyłkiem wymykały na randkę. Ale gadało się spoko. 

 Brakuje mi kontaktów z ludźmi.

Marzę o wygraniu w totka, bo nie musiałabym już zamęczać się myślami o spędzeniu czasu do emerytury na szkolnych papierkach, szkoleniach, przygotowywaniu lekcji, dotrzymywaniu tempa innym, lepszym w dostosowywaniu zajęć dla wszystkich uczniów z ADD, niedosłuchem, dys-cośtam, ble, ble, ble. Męczy mnie to. Czuję się wypluta z chęci do pracy, pałera mi wypaliło :( I tylko czasem na niektórych lekcjach zapominam, że za mało gonię za wynikami, za mało przyciskam, za mało...
Kilka milionów na spokojne życie bez wielkich fanaberii...

A tym czasem, do końca lipca puszczę wszystkie oszczędności, bo... o tym może później napiszę, bo i tak od prawie roku trwają przygotowania i wchodzą w ostatnią fazę, jak się wszystko dobrze ułoży, to ogłoszę.  Powiem tylko, że wakacje będą super hiper pracowite.

A potem studia podyplomowe.

A potem kolejny rok w szkole (wstępnie bez wychowawstwa, ale odetchnę, jak usłyszę to konkretnie pod koniec sierpnia).

A potem...

A potem...

Potem...

20:40, angleland
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016
Pomarudze sobię, a co!?

Za miesiąc minie rok, jak piszczy mi w uszach. To taki jednostajny szum na wysokich częstotliwościach. Kiedyś, jakiś czas temu, zaczęłam zastanawiać się co jest nie tak jak zwykle, coś było inaczej. Doszłam do wniosku, że nie słyszę tego szumu, ale trwało to tylko kilka dni. Oprócz tego pisk towarzyszy mi zawsze. Kiedy cicho w domu, oczywiście, słyszę go lepiej, tak samo, kiedy kładę się spać. Czytałam, że ludzie potrafią od tego zwariować. Mnie się jakoś udaje do tej pory ten nieustający dźwięk ignorować. Ale jest to niepokojące i niekomfortowe.

Już za parę dni, za dni parę, tra la la la la i gitarę… za dni parę kończę 45 lat, cholera jasna! Life sucks.

Ciało się starzeje. Zmarchy na czole – koncertowe, kręgosłup łupie i tak jak z tym szumem w uszach, mogę policzyć na palcach rąk ilość dni, kiedy mnie nie boli. Wzrok się psuje. Kiedy jest mi ciepło, na nogach i rękach pojawiają się dziwne, paskudne, nabrzmiałe sznury. Farewell krótkie gatki!

Nowa praca może i spokojniejsza jeśli chodzi o uczniów, ale odsłania wszystko to, co zapomniałam, albo czego nie dane było mi się nauczyć o uczeniu w ciągu poprzednich 15 lat w szkole. Nie będę się rozpisywać, ale to też nie poprawia mojego samopoczucia. Zaś nieunikniona perspektywa objęcia wychowawstwa, z tonami papierów do produkcji, skrupulatną panią wicedyrektor, która często sprawdza wszelkie niedociągnięcia, darciem kotów z uczniami, wydzwanianiem do rodziców, a przede wszystkim widmem lekcji wychowawczych, których nigdy nie lubiłam i nie umiałam prowadzić, doprowadza mnie do rozpaczy. Jeśli połączyć to z zaplanowanymi studiami podyplomowymi również w przyszłym roku, obraz się klaruje – będzie jatka, masakra, płacz i zgrzytanie zębów.

Bo zapomniałabym jeszcze dodać, że przy tych wszystkich fizycznych niedobrych objawach, prześladuje mnie uczucie ciągłego zmęczenia. Teraz jest trochę lepiej, ale praktycznie cała jesień i zima, to była walka ze sobą, żeby się obudzić rano, żeby wziąć się w garść, żeby zrobić to, co trzeba w domu i przygotować się do pracy, czasami, żeby wyjść z chałupy. Czasami czułam się jak zawieszony komputer, reagowałam z poślizgiem, gadać mi się nie chciało, byłam cały czas senna. Nie wiem, czy to skutek rozhuśtanej tarczycy, czy czegoś innego, ale jest mi trudno.

Obiecywałam sobie, że skoro 30 urodziny mi „odpadły”, bo dopiero co pochowałam tatę, skoro 40 urodzin nie było, bo umierała mama, to 45 będzie inna. A tu dupa. Kontakty towarzyskie urwały się całkowicie. Koleżeństwo pozaszkolne porozłaziło się dawno. Teatralne znajomości kwitnące 10 lat temu, to już kategoria „dawno, dawno temu, w odległej galaktyce”. Z dziewczynami ze starej szkoły widzę się sporadycznie. A nowych znajomych nie ma. Posypało mi się zupełnie. Ciekawe ile osób w ogóle będzie pamiętało, że mam urodziny. Rodzina – siostra i siostrzeńcy, zdawkowe „wszystkiego najlepszego” od I., może zadzwonią Ania, Basia i Asia, to już będzie full wypas.

Podsumowania na ten moment życia mam więc takie se.

Dzisiaj marudziłam, przynajmniej blog mnie wysłucha bez problemu, bo nie ma innego wyjścia, to jedyny plus. Następnym razem spróbuję napisać coś bardziej optymistycznego.

18:52, angleland
Link Komentarze (3) »
mam (w)rażenie

Mam wrażenie silne dość, że moje życie dotyka bezsens.

Podsumowana w połowie życia? Najprawdopodobniej.

Dni przenikają jeden w drugi prawie bezszelestnie. Pobudka, kawa, praca, dom, pies, książka, spanie, czasem pomiędzy tym wszystkim zakupy dla nas i starszyzny. Zdecydowanie zbyt powtarzalna codzienność. Znajomi się wykruszyli. W ferie, kiedy I. częściej był w teatrze niż w domu, spędziłam ponad tydzień właściwie całkiem sama. Raz spotkałam się ze starą znajomą na kawie, raz z kilkoma dziewczynami z poprzedniej pracy, poszłam samotnie do teatru na spektakl i tyle interakcji międzyludzkich (nie liczę pogawędki przy dostarczaniu zakupów do prawie teściowej i cioci). Ostatnio, z powodu problemów z zębami i kilku innych zdrowotnych do rangi spotkań towarzyskich urastają wizyty w gabinetach lekarskich. Po głowie coraz dotkliwiej obija się myśl, że to co robię zawodowo nie jest czymś, co chciałabym robić do końca życia. Niby bycie nauczycielem daje wiele możliwości samorealizacji, ale...

Coraz częściej dopadają mnie przemyślenia na temat złych wyborów. Może gdybym kiedyś wybrała to, do czego mnie na prawdę ciągnęło - jakieś rzemiosło, plastyka, wykorzystanie zdolności manualnych, albo fizycznych (rehabilitacja, fizykoter...)

I tu wyłączył mi się stary gruchot i wciął resztę notki :(

 

18:50, angleland
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2016
???
Co by tu robić, żeby nie robić tego, co robię?
20:47, angleland
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 grudnia 2015
Zmęczenie...

Półtora tygodnia przed Świętami dopadło mnie przeziębienie. Poszłam do lekarza. Dostałam 3 dni zwolnienia, po bożemu przesiedziałam w domu (oprócz wyjść z psem i po zakupy) i w całkiem niezłym zdrowiu, jak mi się wydawało, w czwartek zameldowałam się w szkole. Pod koniec lekcji nie mogłam nic mówić, a napady kaszlu, który wyciskał mi łzy z oczu i rozmazywał makijaż,  wzbudzały prawdziwe zdziwienie wśród uczniów. Pomyślałam, że dobra, przećwiczyłam głos, w piątek tylko 4 lekcje, jakoś dobrnę i przez weekend się unormuje. W sobotę zaniemówiłam i trwało to do poniedziałku. No więc znowu do lekarza, zwolnienie i, tym razem, antybiotyk. Mowa wróciła w Wigilię, ale 5 nocy z rzędu miałam nieprzespanych.

Wilija, jak zwykle ostatnio, u prawie-teściowej. Objedliśmy się wszyscy po uszy. Dotoczyliśmy się z I. z trudem do domu. O 21.30 obudziłam się na swoim własnym łóżku w domowych ciuchach. Pierwsze święto właściwie oboje przedrzemaliśmy. Ja odsypiałam te dwa tygodnie choroby, I. regenerował się po trwającym już ponad miesiąc remoncie u naszej wspólnej znajomej. Znajoma praktycznie została wyrzucona przez teściów z domu z dwójką dzieci, kiedy dowiedzieli się oni, ze rozwód z ich synalkiem to jednak nie tylko jakaś fanaberia młodych. No to jak było nie pomóc. I. jeździł między mieszkaniem w remoncie, Castoramą, domem i pracą jak szalony, znajoma nocowała u nas jakiś czas, przeżyliśmy kilka razy najazd małych dzieci, a to wszystko połączone z koniecznością wyprowadzania psa i wizyt u weta, zakupami dla prawie-teściowej, cioci i dla nas samych oraz gotowaniem obiadów dla wszystkich.

Tak więc moje zmęczenie zaowocowało poddaniem się organizmu. Kwestie przygotowań świątecznych ograniczyłam do minimum, a i tak czułam się wyczerpana. I. też już powoli opadał z sił. Widzę, że ma już bardzo dosyć, ale jak zaczął, to nie odpuści. Teraz jeszcze trzeba doprowadzić ten remont, a raczej to, co po remoncie należy zrobić (montaż zlewozmywaka i szafek, zainstalowanie pralki, przykręcanie, zawieszanie, klejenie, wiercenie, itp.) do końca. Przyszły tydzień też będzie więc zwariowany. Dobrze, że tych kilka dni przynajmniej spędziliśmy na niższych obrotach. 

18:09, angleland
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 grudnia 2015
fajny wpis na czyimś blogu
http://www.kobietaniezwykla.pl/2014/09/dlaczego-rzuciam-prace-w-szkole.html



21:10, angleland
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 października 2015
Nie piszę, bo zmiany nie do końca do mnie jeszcze dotarły.

Mam dużo spokojniejszą pracę, co sobie bardzo chwalę, ale żyję cały czas na poboczu szkolnego życia. Klasę mam w dość ustronnym kąciku budynku, więc trudno mi zacieśniać jakiekolwiek znajomości. W czasie dniowonauczycielskiego wyjścia na wspólny posiłek czułam się nieco nieswojo. No bo o czym tu rozmawiać z ludźmi, z którymi na dobrą sprawę znam się od miesiąca. W ciągu zwykłego dnia w pracy siedzę w tym swoim ustroniu i rzadko mam okazję porozmawiać z kimkolwiek. Wymieniam zwykłe "cześć" i jakieś pojedyncze zdania, ale na więcej nie ma czasu i fizycznie nie ma z kim. Angliści 2 piętra wyżej, w "mojej" części szkoły nieczęsto ktoś poza mną się pojawia. Przyzwyczaiłam się już do tego, że dużo czasu zajmuje mi oswojenie się z nowymi ludźmi, nie mam tej łatwości wchodzenia w nowe relacje i błyszczenia w towarzystwie, ale odosobnienie tylko utrudnia mi sprawę. Nie przejmuję się tym aż tak bardzo, bo cały czas trwam w zadziwieniu i zachwycie, że dzieci (w większości przypadków) chcą się czegoś nauczyć i po raz pierwszy w życiu widzę efekty swojego działania. Komfort pracy mam o niebo wyższy, do tego stopnia, że kontaktuję i wiem jak się nazywam nawet po 7 godzinach w robocie, co dotąd było niewyobrażalne. Trwam w tym zadziwieniu i czekam na jakąś bombę, która w końcu ten błogostan przerwie. Chyba jeszcze nie przywykłam do spokoju w szkole. Oczywiście, zdarzają mi się rozgadani uczniowie i scysje z pojedynczymi nieokrzesańcami, ale to ciągle jest ułamek problemów, z którymi musiałam borykać się przez 15 wcześniejszych lat. 
Brakuje mi tylko czasami tego poczucia wspólnoty, które odczuwałam w poprzedniej pracy. Cóż, to jakiś koszt, który ponoszę za zmianę w życiu. Mimo wszystko, odpukać w niemalowane, zmianę na lepsze. 
20:27, angleland
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
zmiany, zmiany, zmiany...
Nowa praca,
nowi ludzie,
nowe wyzwania...
i tylko ten węzełek zamiast żołądka, po staremu, ten sam.
20:36, angleland
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2015
wakacje
Ten rok szkolny był mega męczący. Bieganie między dwoma szkołami, zwłaszcza przy moich nieustających kłopotach z kręgosłupem, wykończyło mnie bardzo.

Oficjalnie pożegnałam się z gimnazjum-matką (to znaczy matka pożegnała mnie), ale co będzie we wrześniu do końca nie wiadomo...
07:01, angleland
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 kwietnia 2015
kupa blada
Miasto od 2 miesięcy grzmi o likwidacji szkoły - bo niż, bo budynek niewykorzystany, bo nauczyciele tylko zyskają na połączeniu 2 szkół... Do tej myśli się przyzwyczailiśmy, tym bardziej, że faktycznie dla części z nas oznaczałoby to gwarancję pracy (między innymi dla mnie). W przeciągu tych tygodni odbyły się zebrania dla "naszych" rodziców, nauczycieli, obsługi, miasto odwiedziło szkoły podstawowe w rejonie trąbiąc wszem i wobec, że naboru do mojego gima nie będzie. Rodzice się oburzyli. Aż tu w Prima Aprilis pan prezydent miasta wnioskował (czytaj: nacisnął) na radę miasta, żeby decyzję o likwidacji odsunąć w czasie. No to zamiast z niepełnym etatem, z dnia na dzień zostaję postawiona przed faktem, że od 1 września nie mam roboty w ogóle.
A sprawa tylko zostaje rozwleczona w czasie, bo "dyskusję o reformie szkolnictwa w mieście" tylko odłożono na później.
Za rok sytuacja się powtórzy, z tym że argument za zamknięciem szkoły będzie jeszcze jeden: nooooo, mili państwo, widzicie, że nikt do 1 klasy nie przyszedł - nie utrzymamy szkoły z 3 oddziałami. tylko, że jakoś po decyzji miasta w sprawie utrzymania funkcjonowania gima nikt z urzędasów do tych samych podstawówek nie poleciał, żeby powiedzieć, że likwidacji jednak nie ma , a nabór do pierwszej klasy będzie. Poza tym, po takim dymie, kto z myślących rodziców zapisze dziecko do szkoły, która wisi na krawędzi?
I co? Miasto pozbywa się części nauczycieli, zamiast zapewnić im (jak obiecywało przy wizji połączenia szkół) pracę, jeśli nie na pełny etat, to przynajmniej na pół. I mniej wydaje na tych darmozjadów nauczycieli. Część budynku idzie już pod wynajem. I miasto zarabia. Dzieci zostają w "starej" szkole. I gęby się rodzicom zamyka. I wszyscy są (pozornie) zadowoleni, prócz tych, którym za łaskawe decyzje pana prezydenta przyjdzie zapłacić bezrobociem.
18:59, angleland
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 marca 2015
...
Walczymy z przeziębieniami. I. już od 5 tygodni chrypi, po raz pierwszy od iluś tam lat poszedł na L4, ale i tak dużo to nie pomogło. Ja rozłożyłam się 2 tygodnie temu, od poniedziałku jestem w robocie i czuję, że znowu sie rozpadam - gardło boli znowu, smarkanie nie przechodzi, uszy mam wypchane jakąś watą, czy co. Wkurzające to i frustrujące... Podobnie, jak sytuacja w robocie. Miasto już właściwie przyklepało nasz "upadek". Teraz kwestia jest tylko taka, kto będzie miał ile roboty w przyszłym roku. My trzęsiemy portkami, bo gwarantowaną pracę maja tylko zatrudnieni na podstawie umowy bezterminowej i mianowania, a reszta??? No i jak to będzie wyglądać ogranizacyjnie? Jedna szkoła od 1 września wchłania tę drugą, ale uczniowie pozostają w "starym" budynku = będziemy wszyscy (tak jak ja teraz) codziennie dygać z budynku do budynku. I to tylko jeden z wielu problemów... 

A codzienne szkolne życie też nie jest różowe... Dyrekcja zrobiła się nerwowa, strofuje ludzi. Wydaje mi się, że chce złapać sto srok za ogon, ale średnio jej to wychodzi i w końcu połowa rzeczy nie jest dopięta i zakończona. Dzieciary są straszne. Zawsze wystrzegałam się tekstów typu "dziesięć lat temu, to było inaczej, a ta dzisiejsza młodzież...". Mam jednak nieodparte wrażenie, że te nasze dzieci, z przeproszeniem, jakieś coraz bardziej niedorobione są. Nie wyszła mi jeszcze żadna lekcja z klasą pierwszą - zawsze docieram do 1/2 tego, co zaplanowałam, chociaż planuję połowę materiału, który powinnam zrealizować :( Nie da się opisać tego, z czym mam do czynienia na lekcjach. Druga klasa przed feriami doprowadziła mnie do płaczu. Niech to wszystko drzwi ścisną! Ta likwidacja, wbrew wszystkiemu, może być dla nas, nauczycieli z mojej macierzystej placówki, jakąś szansą na względną normalność, pracę w normalnych warunkach z normalnymi, w miarę przyzwoitymi dziećmi. Chociaż obawiam się, że jeśli do tamtego gimu przyjdzie choć 1/3 dzieci, które kiedyś miały przychodzić do nas, to skończą się u nich czasy spokoju i i tak zrobi się ciężko... 
Na razie odpoczywam po kolejnym trudnym tygodniu. Jutro muszę zabrać się do roboty zleconej przez dyrekcję (zleconej w ramach wyżej wzmiankowanego strofowania).

21:26, angleland
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 stycznia 2015
i się mleko wylało...
Gruchnęła wieść, że będą naszą szkołę łączyć z pobliskim gimnazjum.
Nie było mnie wtedy w pracy, więc na razie dużo więcej nie wiem, ale i tak szykują sie kolosalne zmiany...
17:49, angleland
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 grudnia 2014
kam zej told mi pa ram pam pam pam
Się zaczął sezon przedświąteczny na dobre.
I, jak już od kilku ładnych lat, robię się uczuciowa, nadwrażliwa znaczy. Nie lubię siebie z tym, bo wiem, że odzywa się tęsknota za czymś, co już nie wróci, a częściowo jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Może tęsknię za czymś, czego tak do końca nie miałam...
Niby pamiętam Święta w rodzinie, z radością oczekiwania, choinką, prezentami, przygotowaniami, pieczeniem ciasteczek, ale z drugiej strony... pamiętam Wigilie z nietrzeźwym tatą, nieszczęśliwą mamą, z moim zawstydzeniem tą sytuacją i z bezradnością. No więc tak, chyba tęsknię za tym, żeby tego nigdy nie było, żeby przeszłość była inna.
To nawet lepiej, że I. nie znosi tych całych celebracji, pompy i "elementów obowiązkowych" związanych ze Świętami. Mnie to też nie jest potrzebne. I to nie gadanie, żeby sobie coś wmówić. Religia nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, więc Święta nie mają wymiaru duchowego w żadnym calu. Lubię być z bliskimi, ale nie koniecznie z określonych kulturą czy tradycją powodów, już nie. Wyrosłam. Wolę, kiedy po prosu ludzie chcą być ze sobą, tak jak na ostatnim spotkaniu u mnie - dziewczyny po prostu chciały razem posiedzieć, pogadać, odreagować. I było super :)
Lubię otoczkę świąteczną o tyle, że przypomina mi te dobre strony przeszłości. Piekę ciasteczka, bo wtedy czuję, że jest ze mną moja mama. Robię makówki, bo wiem, że sprawię przyjemność I. Lubię odpicować dom, bo lubię czyste domy. Wigilia ostatnio jest ważna o tyle, że jedziemy z I. do jego mamy i jesteśmy razem. Właściwie później, to już jest po świętowaniu. 
No i mogę odpocząć, zapomnieć o pracy, ponudzić się bez wyrzutów sumienia. 
Nie mniej jednak, i tak co roku dopada mnie wkurzająca nostalgia za tym, czego nie było i coraz bardziej doskwierająca świadomość przemijania. 
21:51, angleland
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 listopada 2014
sie kręci...
Latam na dwie szkoły. W jednej piekło, w drugiej raj.
Pół etatu tu, pół etatu tam. 
W macierzystej placówce nerwówka, zgrzytanie zębów, przygnębienie i rozczarowanie. Najmniej stresuje mnie klasa, z która do tej pory miałam najwięcej problemów. Może dlatego, że na ogół jest ich na lekcji najwyżej połowa?
W drugiej szkole, mimo że uczę słabsze grupy, chęci są, dzieci garną się do pracy, nie postawiłam żadnej jedynki. No i zupełnie inne podejście do człowieka - młodzi są po prostu życzliwi. Nie oczekują, że nauczyciel na pewno ich pognębi, że jest wrogiem, że trzeba mu dokopać. Zdarzają się drobne scysje i przywoływanie do porządku, ale zachowanie uczniów nie jest podyktowane niechęcią do mnie i brakiem szacunku, to raczej muchy w nosie i gorszy dzień.
Ale wystarczą lekcje w mojej rodzimej szkole, żeby zepsuć każdy fajny dzień. Niestety.

W dodatku grozi nam zamknięcie - takie ploty krążą. Zamknęli nam stołówkę i dzieci muszą chodzić do szkoły obok, co rozbija nam cały dzień (ktoś ich musi zaprowadzić i odprowadzić, długa przerwa trwa w związku z tym 30 minut, a wcześniejsze po 5). Część rodziców w związku z tym przestała posyłać dzieci na obiady. W przyszłym roku, jeśli nic się nie zmieni, rodzice będą woleli posłać dzieciaki do gimnazjum ze stołówką, no nie?

Ech, ciężka sprawa!
18:02, angleland
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2014
wrzesień
Po upalnym lipcu w mieście i sierpniu w domku w lesie.

Pracuję w dwóch szkołach - po pół etatu w każdej.

Jestem w szoku - otóż, okazuje się, że niektóre dzieci CHCĄ się uczyć, nie muszą mieć na lekcji telefonów, nie muszą jeść, sikać, bekać, rysować, rozmawiać i robić z nauczyciela worka treningowego. Ba! Są takie dzieci na świecie, które na nieobowiązkowe zajęcia o 7 rano wyrażają chęć przyjścia.

Oprócz tego, że nowa praca wymaga ode mnie tony papierów do opracowania i przeczytania, że trochę boję się, czy podołam (ogrom tego, co mam zrobić z 3 klasą do egzaminu jest niesamowity), że czasami będę musiała uczestniczyć nie w 1, ale 2 konferencjach/zebraniach/konsultacjach itp.,  no i że muszę przemieszczać się na ogół nie 2, a cztery razy tą samą trasą (szkoły są blisko siebie), to sama praca z tymi młodziakami na razie wydaje się niebem, w porównaniu z tym, co znam od 14 lat.
Jak ochłonę, to napiszę więcej.
19:39, angleland
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 czerwca 2014
nazbierało się
Koniec roku szkolnego daje mi się we znaki.
Dzieciaki z roku na rok coraz bardziej niesforne i wredne. Ja rozumiem wrodzoną głupotę i jej konsekwencje w rodzaju wygadywania idiotyzmów i topornych prób dopiekania nauczycielowi  (czyli mnie), ale te dzieciaki, które teraz uczę są złośliwe, zadziorne i lekceważą mnie jako człowieka w perfidny, przemyślany sposób.

Wczoraj - poniedziałek. Uczeń klasy pierwszej, który ma rozdmuchane ambicje, bo chodzi na dodatkowy angielski, notorycznie wymawia się od jakiejkolwiek pracy, bo "ja to wiem i nie będę tego robił", "to jest bez sensu", a jego oceny tego nie potwierdzają. Dostał on ode mnie tydzień temu dodatkowe zadania (na celujący) - skoro wie więcej, to niech się wykaże. Po umówionym tygodniu ich nie przyniósł, bo zapomniał. Zaczyna robić zadania na lekcji. Mówię: teraz tego nie rób, to są zadania d o d a t k o w e i masz je robić w domu, a nie w klasie. Uczeń obraża się i nabzdycza. Dodaję, że to co jest teraz na tablicy ma przepisywać i robić na bieżąco na lekcji, bo w książce tego nie ma. Nabzdycza się jeszcze bardziej i gada z kolegami zamiast pracować. Moje kolejne uwagi trafiają na niewidzące spojrzenie, zero reakcji, choć zwracam się bezpośrednio do niego. Pod koniec lekcji wpisuję więc w zeszycie krótką notatkę i proszę, żeby we wtorek (dziś) była podpisana przez rodzica.
Wtorek. Uczeń podpisu w zeszycie nie ma, co więcej, nie ma też w nim całej kartki, na której była uwaga, za to jest miejsce po wyrwanej stronie. Patrząc mi w oczy pyta: ale jaka uwaga, o co pani chodzi, bo ja nie wiem?
Popołudniu dzwonię więc na numer telefonu, który podany został jako kontaktowy i słyszę coś w rodzaju: Tu telefon Trudy. Skoro nie odbiera, to pewnie jest zajęta. Nagraj wiadomość, a jeśli zechce, to może oddzwoni, jeśli uzna, że to ważne (mówi to z wyraźnym przekąsem jakiś męski głos).
Jaki rodzic, takie dziecko?
Również dzisiaj zostałam zbluzgana przez ucznia na przerwie (ch*jów, ku*rew i pier*oleń nie zliczę), bo zabrałam papieros, który leżał na korytarzu szkolnym, a ponoć należał do niego i, o zgrozo, nie chciałam odddać - toć to kradzież! Na koniec usłyszałam, że jestem szmatą.

W przyszłym roku szkolnym, w związku z niżem demograficznym zostaję na połowie etatu. Co jeszcze musi się stać, żeby dać mi kopa i odwagę, żeby tym wszystkim trzasnąć w cholerę? Rodzice wdrukowali mi przekonanie, że etat, to pewność, bo zus, świadczenia, emerytura, jakieś tam bezpieczeństwo, a ja swoją drogą, chyba już tak przywykłam do codziennego szargania mojej godności i bitwy o przetrwanie, że uznaję to za coś normalnego i buntuję się, ale wciąż po cichu. Czy ma dojść do jakiejś kumulacji złych uczuć i mojego wybuchu (= uszkodzenia jakiegoś ucznia, lub wyzwania go od szmat, chu*ów, itp.), żebym odeszła z tego piekła?
Mam fajnych współpracowników, blisko do pracy, ale idę do tam z niechęcią i wstrętem.
Niech to wszystko szlag trafi! Jak mówi moja koleżanka: ja już teraz powinnam leżeć i ładnie pachnieć, a nie tak zapier*alać...
21:25, angleland
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 kwietnia 2014
:)

Znalazłam dwie dychy!

19:32, angleland
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10