|
|
wtorek, 15 maja 2012
I'm worried.
Long time ago I thought I had a friend. He was my student many years
ago – intelligent, witty, ambitious, funny. I kept my fingers crossed for
everything he did, everything he craved for. I was happy for him when his
dreams started to come true. We didn’t talk much, I didn’t mean to poke my nose
into his life, but we kept in touch exchanging
e-mails, rare text messages, from time to time talking via the Internet.
Suddenly, my friend decided to put an end to all of these things. I haven’t heard
from this person for almost a year, which makes me extremely upset and worried. I tried and tried
to contact him,
but all my efforts were in vain. Did I do anything wrong? What could drive him to
remain silent? Something terrible must have happened, because he doesn’t speak to his friends at all. Is there so much pain and sadness in his heart that drives
this person to denial of any relatinship he had before? What could cause this
unexpected change in his mind? I talked to one of his best friends and he
confessed he hadn't had any single message from him for a very long time. My friend seems to
have cut off from every person who cared about him. He doesn’t even play in his
former band (and I know music was one of the greatest loves of his life). And
this worries me the most.
I respect his decisions. I gave up trying to make him talk
to me if he doesn’t want to. But still it hurts. I wish I could understand him,
but he gave me no chance to do it.
I’m worried .
poniedziałek, 27 lutego 2012
3 listopada 2012
<-- pod tą datą pisałam o uczniu, który mnie publicznie zelżył. Jakiś czas temu przyszło pisemko z sądu na jego temat (otrzymało je 8 nauczycieli, bo tyle zawiadomień o podobnych wybrykach złożono na policji). Sąd nie będzie z tym nic robił, bo koleś ma kuratora i ten ma nad nim sprawować kontrolę. Nóż się w kieszeni otwiera. Jeśli nawet sąd się na nas wypina, to kto może pomóc coś zmienić?
wtorek, 21 lutego 2012
ciocia
Dość często widuję się ostatnio z nestorką rodu - ciocią Danką. Ma lat 84, rozkapryszonego, leżącego w łóżku męża i coraz mniej sił. Ciężko mi patrzeć, jak robi się coraz słabsza, bardziej nieporadna, smutna, bo obowiązki i własna niemoc ją powoli przerastają. Po wielu podejściach dała się w końcu namówić na zatrudnienie opiekunki do wujka, którego trzeba myć, obsługiwać i zmieniać mu pieluchy. Traktuję to jako moje małe zwycięstwo, bo Danka zawsze na pytania o pomoc odpowiadała, że dziękuje i papiep***ła sama. Nie dawała sobie chwili wytchnienia - ma dziko zapiekłe poczucie obowiązku i niechęć do zajmowania swoimi problemami innych osób. Kilka razy widziałam ją ze łzami w oczach, bo nie dawała rady ogarnąć wujka, domowych spraw i własnych kłopotów ze zdrowiem. Na szczęście, teraz ktoś jej pomaga. Ciotka narzeka, że w domu jakieś baby jej się panoszą, ale zdecydowanie jest jej łatwiej, chociażby biorąc pod uwagę tylko jej możliwości fizyczne. No bo kto to widział, żeby bardzo starsza pani sama gotowała, obsługiwała, ubierała i za przeproszeniem podcierała tyłek drugiej starszej bezwładnej osobie? I to jeszcze znosząc humory i zmienne nastroje wujka, który wyładowuje swoje frustracjie tylko na niej... Bardzo, bardzo ją lubię. Chciałabym ten remont skończyć jeszcze na tyle wcześnie, żeby zdążyć z nią pomieszkac w jednym domu (mieszkanie jest w tej samej kamienicy). No bo "time flies", jak to mówią, a jej dni są policzone (kurczę, ależ to okrutnie brzmi, chociaż nie takie są moje intencje przy pisaniu tego zdania). Pomysł z mieszkaniem w centrum, w starej kamienicy pojawił się, kiedy z mamą sprawy się pokomplikowały i taki miałam chytry plan, żeby przenieść się bliżej niej (dosłownie 2 rzuty beretem). Z różnych przyczyn się nie udało. Kiedy remont się w końcu rozkręcił, mamy zabrakło. Nie chciałabym powtarzać scenariusza. Mamy rodzina jest długowieczna - dziadek dożył 91 lat (zmarł na raka, a nie ze starości), babcia żyła 86 lat, wujkowie mają już po 82 lata, ciocia 84, może uda mi się być jakiś czas trochę bliżej niej... Z nią jestem związana najbardziej, może dlatego, że Danka z mamą miały zawsze dobry kontakt i trzymały się razem, a może po prostu dlatego, że ciocia jest po prostu dobrym człowiekiem z sercem na dłoni i mimo wielu ciężkich przejść zawsze tryskała optymizmem, humorem i stoickim spokojem, co mi się udzielało. Chciałabym po prostu się nią nacieszyć, a wiem, że czasu jest coraz mniej... p.s. zgadałyśmy się z Danką ostatnio o mojej mamie - okazuje się, że mamy to samo: nie ma dnia, żeby mama do nas nie wracała. Ciocia nie potrafi się cały czas pogodzić z jej śmiercią, ja wracam do obrazów bólu i zagubienia, które towarzyszyły mamie w ostatnich dniach jej życia. Trudno nam się z tym jej bezsensownym cierpieniem pogodzić. Ja myśle o mojej mamie kiedy kłądę się spać. Choćbym była nie wiem jak zmęczona, pierwsze co widzę, kiedy zamknę oczy, to ona na szpitalnym łóżku. Mam straszny żal do ... nawet nie wiem do kogo, że taki był jej koniec. 10 lat świadomego cierpienia, fizycznego i psychicznego i, jak wisienka na torcie, ponad miesiąc agonii w przerażeniu i bólu, plus męczarnie na sam koniec. Ten świat nie jest dobrze urządzony, jeśli dobrym, kochającym, dzielnym ludziom pozwala "w nagrodę" tak kończyć życie. a teraz chyba pójdę do kącika i troche sobie popłaczę, póki widzi mnie tylko pies
sobota, 21 stycznia 2012
a prywatnie?
Remont trwa. Z przerwami, ale jednak. Głównie angażuje się I. Ale, na szczęście, teraz już więcej zależy od pracy innych ludzi, a nie jego. Powoli widać początki końca... Ja balansuję od radości, do zmęczenia tym stanem rozremontowanego życia. Takie mnie dopadają refleksje, że przez ostatnich 10 lat z powodu opieki nad mamą i okropnego zmęczenia pracą przeleciało mi wiele fajnego w życiu, bo właściwie czasu dla siebie samej, albo dla nas z I. pozostawało niewiele. Po odejściu mamy powinnam mieć tego czasu więcej, ale i praca została ta sama (a nawet jest jej więcej) i remont, który trwa i trwa... W kinie byłam ostatnio pół roku temu. Z ludzmi rzadko sie spotykam, zapomniałam już, co to znaczy pójść do teatru (nie mówię o odwiedzinach w pracy I. i siedzeniu w rekwizytorni, tylko o wyprawie na jakis spektakl, albo koncert). W nowym domu ma być duży salon i chciałabym, żeby od czasu do czasu oprócz mnie, I. i psa, posiedział tam też jakiś gość. Oprócz namiętnego przeglądania czasopism wnętrzarskich nie mam zadnego hobby - ani sportu, ani tzw. rękodzieła, które kiedys tak lubiłam. Straciłam do tego serce. Jest we mnie tęsknota za wyrwaniem się z kręgu praca-dom, ale na razie trwam w stuporze. Czterdziestka i pierwsze podsumowania życia wypadają dla mnie tak sobie. Czy to "stare życie"jeszcze kiedys wróci? Mam nadzieję, że tak.
stara bieda
Się dzieje – wszystko i nic.
Od ostatniego napisania prawie (które podobno robi różnicę)
udałam się do dyrekcji, w sprawie odmowy dalszego nauczania w klasie 2z. Nie
będę się wgryzać w szczegóły, ale oni są jak ruchome piaski – zrobisz krok w
niewłaściwą stronę i już cię wsysa. Pokażesz zdenerwowanie lub jakieś ludzkie
odruchy, natychmiast musisz za to zapłacić. Po ostatnim incydencie, wrednym,
paskudnym, bezmyślnym i poniżającym długo nie mogłam się pozbierać.
Nawet buntowanie się przeciwko tej sytuacji jest
bezsensowne. Co z tego, że policja spisuje zeznania, co z tego, że robimy, co
się da, żeby sytuację poprawić i tych, nie zawaham się użyć tego słowa,
prostaków usadzić, jak i tak efektów nie widać? Sądy mielą powoli, policja
markuje, że coś z tego ich pisania wyniknie, a jest jak jest.
Całe szczęście, że jeszcze tylko tydzień i trochę wolnego
będzie.
Taa…. Oceny wystawione, a dyrekcja rwie włosy z głowy, że
tylu nieklasyfikowanych. A jak ma być inaczej, jak ja taką pannę AW widziałam
przez 5 miesięcy na 4 lekcjach? I jak nie miałam postawić nkl nastolatkowi,
który był na kilkunastu lekcjach i wszystkie spędził gapiąc się w telefon.
Dodam tylko, że to Rom, który ledwo pisze. Ale ponieważ miał tylko 2
nieklasyfikacje, to trzeba mu zrobić egzamin klasyfikacyjny po feriach. No to
ja się pytam, z jakiego materiału? Bo z angielskiego to on może wie, co to „ajlowju”
i „fak”. Moim zadaniem jest go złapać, wcisnąć jakieś kartki z podstawami wiadomości
dla 4 klasy podstawówki do łapy i modlić się, żeby choć 5 słówek zapamiętał.
Jeśli się, oczywiście, do ferii zimowych zjawi w szkole. Nie mam nic przeciwko
Cyganom, ale posyłanie ich do szkoły masowej, jeśli oni tego nie chcą, nie ma
sensu. Jest u nas 3 Romów, cała trójka to raczej goście w szkole, nie maja
książek (chociaż dostali je w formie wyprawki szkolnej), nie maja zeszytów,
idzie im słabo, bo nie uczą się w ogóle, przychodzą tylko po to, żeby ich
rodziny mogły dostawać kasę z opieki społecznej. Jeśli nie są zasymilowani z Polakami, nie
żyją tak jak większość społeczeństwa, to nigdy się w takiej instytucji jak szkoła
nie odnajdą. Nie rozumieją, o co biega w tym całym uczeniu się, nie jest im to
potrzebne. Zabrzmi to może na rasizm, ale wydaje mi się, że powinna być jakas
szkoła dla dzieci romskich – coś, co pozwoli im zdobyć podstawy, być w porządku
wobec państwa, a jednocześnie nie wkroczy za bardzo w ich kulturę i zwyczaje.
Zupełnie się na tym nie znam, ale patrząc z boku, Cyganie w szkole publicznej,
polskiej szkole publicznej, to porażka. I dla nauczycieli, bo nie mamy na to,
co się z nimi dzieje żadnego wpływu, i dla nich, bo z ich punktu widzenia jest
to strata czasu.
Oceny wystawione, ale czy sumienie czyste? Chyba jednak nie.
Jedynek postawiłam 8, na około 110 uczniów. Powinno ich być ze dwa razy więcej L Za każdym razem, kiedy
muszę 2 wpisać zamiast 1, czuję się nie
w porządku wobec pozostałych uczniów. A dlaczego „muszę” wpisać 2? Ano, bo
jeśli uczeń balansuje na granicy normy
intelektualnej (na przykład), to trzymanie go kolejny raz w tej samej klasie
jest bezcelowe. On się i tak nie nauczy. Niech sobie idzie do zawodówki, skończy
ją, jeśli los będzie przychylny – dostanie pracę i niech żyje dalej. Bo jeśli
uczeń w wieku 15 lat ma zostać 3 raz na drugi rok w gimnazjum, to przestanie do
szkoły w ogóle chodzić. Bo jeśli uczeń
ma 1 i jeszcze jakąś dysfunkcję orzeczoną, to pyta się nauczyciela, co zrobił,
żeby mu pomóc. I nieważne jest, że się do tego kogoś wyciągało rękę, próbowało
skusić na dodatkowe zajęcia, podsuwało wykonalne zadania, a uczeń (a często i
rodzic) miał to w dupie. Winny jest nauczyciel. Tak więc, pozostaje mi
zamknięcie oczu i wpisanie 2. Te 8 przypadków niedostatecznych to już wyjątkowi
leserzy.
Tak więc kończę to półrocze z nieczystym sumieniem.
wtorek, 20 grudnia 2011
Siedzę w
domu, ale jutro już do pracy. Zmogło mnie przeziębienie. Zamiast do szkoły, poszłam
w poniedziałek do lekarza. A tam: pierwszy wolny termin 27 grudnia, proszę pani,
może pani przyjść jutro popołudniu i
zapytać lekarza w gabinecie, czy zgodzi się panią przyjąć oprócz
zarejestrowanych pacjentów. No ja cię kręcę! Zadzwoniłam do poleconej przez koleżankę
poradni, ale tam też dopiero wolny termin na środę. No i co ja mam zrobić?
Zadzwoniłam do szkoły, że jestem w kropce, zaproponowałam, że napiszę prośbę o
urlop bezpłatny, ale dyrekcja coś nie w sosie była. Znowu miałam wrażenie, że
informację o tym, że mnie nie będzie w szkole odbiera jako celowe utrudnianie
życia i robienie na złość. Wiem, że jest trudno ułożyć zastępstwa, kiedy nie ma
kilku nauczycieli, a dyrekcja jest zmęczona, bo problemów ma dosyć, bo boi się,
ze nie policzę nadgodzin (a to mój obowiązek i termin się zbliża)… Ale, do
licha, przecież nie choruję celowo! Siedzę w domu jeszcze dziś, bo czuję się lepiej
– gorączka puściła i kości mnie już nie bolą. Na służbę zdrowia się wypięłam,
dla mnie poniżające jest, żeby trzeba było zebrać pod gabinetem lekarza o
przyjęcie. Co prawda, urlop bezpłatny, jak nazwa wskazuje jest mniej płatny niż
L4, ale nie chce teraz włóczyć się po gabinetach, bez gwarancji przyjęcia, wolę
posiedzieć w domu i pogrzać kości. Gdybym chciała iść w środę i prosić o
wsteczne zwolnienie, to i tak nie dostałabym na poniedziałek (bo lekarze mogą
wystawić L4 tylko na 1 dzień wstecz), a poza tym, zawaliłabym kolejny dzień
pracy, więc szkoda zachodu. Stracę kilka złotych, ale nie będę się szarpać. Szprycuję się paracetamolem, miodem, herbatą z
malinami, itd. Jest lepiej. W środę nie mam tak dużo lekcji, jakoś przeżyję.
………………………………………………………….
I. szaleje z
remontem. Wychodzi po 6 rano. Przychodzi do domu i zasypia o 21. W międzyczasie
pracuje. Cały czas wyskakują kolejne rzeczy do zrobienia, bo to stara
kamienica. Pomagam, kiedy mogę.
Pomalowałam ostatnio podkładem całą kuchnię. I. z kolegą szlifują futryny, bo
trzeba je porządnie polakierować. Dzisiaj jechał też po panele. W tym tygodniu
będziemy też gruntownie sprzątać.
…………………………………………………………
To będą
pierwsze Święta bez mamy…
czwartek, 03 listopada 2011
błeeee
Się mię
znowu komplikuje życie, które to ono kompletnie niesprawiedliwe jest. Ot co.
W szkole po
staremu, czyli ciężko. Zeszłoroczna 1z, teraz już 2z skutecznie zatruwa życie
każdemu nauczycielowi. Polonistka, kiedy zdaje relację z ich lekcji (a ma ich w
tygodniu 5 godzin) ma oczy pełne łez, a głos drżący. Mnie się już zdarzyło po
zajęciach z nimi też płakać, a kiedy mam mieć z nimi lekcję, to rano czuję
skurcz żołądka i robi mi się niedobrze, albo słabo. Pani zatrudniona u nas na
godziny właśnie zrezygnowała z pracy, bo nie jest w stanie przeżyć takiego
koszmaru. Skurczybyki perfidnie doprowadzili ją do płaczu na lekcji, testując
jej odporność psychiczną.
Dzisiaj
jeden z nich nazwał mnie bardzo obelżywie, co prawda po angielsku, ale jednak.
W ramach działań obronnych i ofensywnych prawdopodobnie złożę doniesienie na
policję (lżenie funkcjonariusza państwowego). Od przyszłego tygodnia rusza
akcja „ordnung muss sein” (kierowanie kolejnych pism do sądów, zmiana
organizacji pracy z tą klasą itp.), ale nie będę się zagłębiać w szczegóły. Coś
się musi zmienić, bo dzięki nim kilka osób z grona jest już na skraju
wytrzymałości, a osobniki z 2z czują się coraz bardziej bezkarne i pozwalają
sobie na coraz więcej.
Mam coraz
gorsze wyniki tarczycowe. Odbębniłam kilka wizyt lekarskich. Kolejna w
przyszłym tygodniu. Spec od USG sugeruje biopsję guza tarczycy, który czuje się
pod palcami. Poziom TSH wpływa chyba na moje samopoczucie – ciężko zwlec mi się
rano z łóżka i zmusić do wyjścia do pracy. Po powrocie najchętniej przeleżałabym
popołudnie po kocem. Czuję się znużona, zmęczona, przygnębiona, mało co mnie
cieszy. Rozkręcam się w pracy, ale to jazda z rozpędu. Mało gadam z ludźmi, bo
nie mam do tego serca. Zmuszam się do uśmiechu w pracy i w domu, bo wiem, że
tak trzeba. Nie wolno mi się pogrążyć w marazmie. Muszę o siebie walczyć dla
siebie i dla I., który zapieprza w remontowanym mieszkaniu jak mały
samochodzik. Strasznie mi tym imponuje i rozczula mnie. Ja nie mam dużo okazji
też tam popracować, a chciałabym. Kiedy już pracuję, staram się na maksa.
Chciałabym w końcu, żeby były już jakieś konkretne efekty tych moich
pielgrzymek po lekarzach, żeby już się okazało co mi dolega i żeby można było zacząć
coś z tym robić. Ciężkie jest takie wleczenie się przez życie noga za nogą,
kiedy tyle jest do zrobienia.
Rozkojarzona
jestem okropnie. Bardzo dużo energii kosztuje mnie skupienie się na tym, co się
do mnie mówi, co jest do zrobienia i żeby nie zapomnieć, co powinnam pamiętać i
zrobić, a i tak czasem się nie udaje. Zapomniałam np. o 18 urodzinach mojego
siostrzeńca L
Zaduszki też
okazały się trudne. Poszłam do mamy rano. Poustawiałam świeczki, postałam
trochę i nagle, wśród tych wszystkich krążących po alejkach ludzi zaczęłam
płakać. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Całe szczęście, miałam na nosie
okulary przeciwsłoneczne, więc chyba zbyt dużego dziwowiska z siebie nie
zrobiłam. Ryczałam jeszcze w drodze do domu. Cholera jasna.
sobota, 17 września 2011
zarobiona jestem (znowu)...
sobota, 18 czerwca 2011
koniec roku
przygotowanie akademii arkusze dzienniki sprawozdania: - ze swojej pracy - z pracy zespołu mojej klasy -z godzin karcianych - z pracy zespołu przedmiotowego ankiety wyliczanie godzin klasyfikacja zestawienie ocen do klasyfikacj obiegówki uczniów rozliczenie zdjęć uczniów wypisanie gratulacji dla rodziców wypisanie zaproszeń dla rodziców wypisanie dyplomów dla uczniów rekrutacja elektroniczna elektroniczny dziennik świadectwa papierki papierki papierki papierki papierki papiereczki
sobota, 21 maja 2011
pustka
Byłam w mieszkaniu mamy. Za każdym razem próbuję znaleźć tam jakąś jej cząstkę, ale rzeczy, to tylko rzeczy. Wszystkie zdają się teraz takie bezosobowe. Nawet poduszka przestaje nią pachnieć. Taka pustka. Kiedy tam jestem właściwie nie czuję nic. Szukam chociażby tęsknoty, bólu, albo żalu, ale jest tylko chłodny smutek. To jakby zatrzymać film - wiadomo, co już się zdarzyło, wiadomo, co będzie później, ale zatrzymany kadr zamraża wszystkie emocje. Ta pustka otacza mnie na codzień. Myślę o mamie i nie czuję nic. Zdarza mi się jednak, że ni z tego, ni z owego, kiedy na przykład jadę autobusem, albo gdzieś idę, przypomina mi się jej wymęczona, nieszczęśliwa twarz, jej wołanie "mamusiu, zabierz mnie stąd" i wtedy płaczę. Chciałabym pamiętać ją inaczej, chciałabym żeby umiarała spokojniej, nie w cierpieniu i beze mnie. Właściwie jedyne co teraz czuję, to rozdzierający żal, że musiała się tak męczyć, rozpacz, że tak cierpiała. Nie czuję tak bardzo jej braku, bardziej rozpamiętuję to, jak bardzo musiała się męczyć. Nie wiem, jak to właściwie wyrazić... dręczy mnie myśl, że powinnam byc teraz zrozpaczoną, osieroconą córką czującą stratę, a jestem bardziej współczującą siostrą miłosierdzia, która wie, że nic więcej nie może zrobić. Mam nadzieję, że to normalne i że przejdzie mi z czasem. Kiedy myślę o tym cierpieniu mamy, o jej przerażeniu, niepokoju, splątaniu spowodowanych morfiną czuje fizyczny ból. Te ostatnie tygodnie przed jej odejściem nie dają mi spokoju. Wiem, że o nich nie zapomnę nigdy, ale może już przestały by mnie aż tak boleć?
|